Saga Detroit

David. Całkiem niedawno w Detroit XVI

Dzień zaczął się przyjemnie. Do miasta zajechała szarańcza. Nomadzi. No już ambitniejszej nazwy sobie nie mogli wymysleć, ale co tam. Gang motocyklowy pewnie nie może nazywać się ambitnie. Może gość na szczycie ma doktorat z prawa czy innej ekonomii, ale ludki na dole raczej muszą być podatne na proste sygnały.
Mocno koedukacyjne towarzystwo, nadzwyczaj dobrze zorganizowane. I podobno robią świetne imprezy.
Moja tolerancja do imprez kończy się w Kałachu, więc zasadniczo nic ciekawego. Pytanie, ile imprez potrzebują, zanim wejdą na wojenną scieżkę.

Potem był VanHagen. Pomijając wątki polityczne i to kto chciałby władzy, kto zemsty, kto się boi a kto nie chciałby być wybrany przez Andrew, doznałem lekkiego olśnienia. Dotarło do mnie o co chodzi z Popem. Bo przecież nie o to, że wyłącza moce. Bzdura. Każda z harpii gdyby chciała wykończyłaby Popa bez żadnego problemu. Oni przecież nie posługują się mocami, tylko wpływami. Każdy może za odpowiednią cenę wynająć mały szwadron śmierci. Sposobów są setki.

Ale nie robią tego. Bo Pope to taki mały lokalny Hitler. Kluczową “mocą” Popa jest jego zwierzący magnetyzm. Coś, co miał jako człowiek, co pozostało na nim po przemianie i stworzyło abominację, której wszyscy się boją. Gość uzaleznia od siebie samym gadaniem. Inni muszą częstować krwią, dominować itp a on tylko gada. I wcześniej ludzie, a teraz wampiry ryzukują dla niego życie (patrz bunt 7 sióstr). I nikt do końca nie wie kto w tym mieście jest marionetką Popa, a kto nie. I każdy boji się go ruszyć, bo boi się zemsty tych, którzy już Popa wielbią. Chyba bardziej ich, niż Nemo. Miłość do Popa jest wystarczająco silna, żeby przetrwać dekady jego uwięzienia i po dekadach sprawić, że wampir rzuca wszystko na szalę i morduje księcia, żeby Popa uwolnić. Moc Popa jest wystarczająco silna, żeby po jednorazowym kontakcie zerwać więzy z Liktorem. Liktor przy Popie jest miękciutki jak kaczuszka.

Tym bardziej, że Liktor jest powtarzalny. Można o nim przeczytać w książkach (odpowiednich) Pope natomiast jest jednorazową abominacją, o której nikt nic nie wie, której boi się nawet jego stwórca.
Ile razy trzeba z nim gadać, żeby się uzależnić? Raz? 3 razy? Godzinę? Co gorsza, jego moc tak naprawdę znacznie bardziej boli nas, niz przykładowego VanHagena. Bo znacznie więcej rzeczy robimy osobiście i jesteśmy wtedy narażeni na kontakt.

Więc, kiedy pojawiła się okazja, ja też rzuciłem wszystko na szalę. Jak to wypłynie, Nemo będzie pewnie mniejszym z moich problemów. Większym będą jego akolici. Nie spodziewam się czegoś na tym ugrać, poza tym, że zatrzymałem jedną wojnę domową zanim się zaczęła.
Byłoby fajnie taką akcję obgadać, przygotować i przeprowadzić gdzieś indziej. Ale nie wiedziałem, czy po półgodzinnej rozmowie z nim dalej będę miał na to ochotę. Ani czy taka opcja się pojawi. Bo przecież po przejściu szarańczy, Pope mógł łatwo pozbierać resztki miast pod swoimi skrzydłami.
No i jebło. Nie ma Popa.

Jakiś czas potem, leżąc sobie na stole do wiwisekcji obsługiwanym przez pozaziemskie formy życia, pomyślałem sobie o pewnym kolesiu, który na powrót Popa czekał sobie parę dekad, który dla Popa powrotu zabił prawdopodobnie jedyną osobę, która znała lokalizację zakopania jego stwórcy. I zrobiło mi się jakoś ciepło w brzuszku.

PS.
A od jutra lekki remont w Kałachu. Cała ambona ze schodami do rozbiórki i wywiezienia. Utopię ją w jeziorze albo co. Zbuduje się nową na jej miejsce.

Comments

BringMeThatHorizon Bohun

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.